Zmierzch empatii

Drukuj

Spór na linii ministerstwo zdrowia - lekarze znamy od poszewki. I choć nie każdego z nas dotknie obecny spór, bo z pewnym szczęściem zachorujemy w regionie, w którym poradnie są otwarte albo po prostu nie zachorujemy, to warto tym razem zastanowić się, o co gra Porozumienie Zielonogórskie i jakim kosztem chce przechylić szale zwycięstwa na swoją stronę.

Zawsze utwierdzałem się w przekonaniu, że w Polsce poziom empatii notuje się w skali od 1 do 10…. mniej więcej na czwartej pozycji. Ostatnie badania na temat filantropii są tylko potwierdzeniem tego, że zaufanie Pana Kowalskiego do sąsiadki Pani Halinki jest wprost proporcjonalne do zaufania wobec stowarzyszeń, fundacji i wszelkiego rodzaju organizacji pożytku publicznego. A przecież im mniej zaufania gromadzimy we własnych umysłach, sercach i dotychczas intrygującej podświadomości, tym nasza empatia ulega znacznemu obniżeniu. Oczywiście w skali globalnej są pewnej wyjątki, gdzie człowiek rozumny otwiera serce na krzywdę drugiego człowieka pomimo skrywanej niechęci tudzież niewiary w prawdziwość krzywdy. Ale są to wyjątki.

Skoro już o empatii mowa, to warto pochylić się nad empatią lekarzy z federacji Porozumienia Zielonogórskiego, którzy jak co roku toczą ciężkie boje z ministerstwem zdrowia i z poszczególnymi ekipami rządzącymi – rządy SLD, PiS-u czy obecnie rządzącej Platformy. Od 1 stycznia 2015 roku duża część obywateli małych, dorosłych i w podeszłym wieku ma problem z dostaniem się do lekarza, który jeszcze do 31 grudnia 2014 z otwartymi ramionami witał każdego zapisanego pacjenta. Po 1 stycznia zaszła zmiana. Nie można pójść zaszczepić dziecka, nie można otrzymać recepty na wykup leków na nadciśnienie, nie można także otrzymać wypisania L4.

Porozumienie Zielonogórskie wypowiedziało ministerstwu zdrowia niezdrową wojnę, ponieważ kwota, którą resort Arłukowicza zaproponował lekarzom za wykonywanie dodatkowych badań, zdaniem związkowców jest za niska. I choć obie formacje stoją na stanowisku, że zaproponowana kwota jest wystarczająca (czyli MZ swoje, a PZ swoje), to według specjalistów, nikt do końca nie wie, ile dokładnie będzie kosztowała realizacja pakietu onkologicznego.

Ktokolwiek w tym sporze ma racje, dowiemy się dopiero za parę miesięcy, a już na pewno za rok, kiedy zsumują się faktury za prowadzenie pakietu. Na obecnym etapie musimy karmić się jedynie słowami, które oczywiście leków i praktyki lekarskiej nie zastąpią, a które dają nam potężny obraz tego, jakim zasobem empatii operują lekarze z Porozumienia Zielonogórskiego. Ministerstwo Zdrowia wytoczyło ciężko artylerie, oferuje pacjentom, którym lekarze odmawiają opieki, przenoszenie się do poradni mające podpisane umowy z NFZ. Oprócz Urząd Ochrony Konsumenta i Konkurencji, do walki włączył się także Rzecznik Praw Pacjenta przypominając, że odmowa odebrania przez pacjenta swojej karty chorób, jest niezgoda z prawem.

Zdecydowanie winniśmy być krytyczni wobec Bartosza Arłukowicza, który przykładowo w roku 2013 planuje zdecentralizowanie NFZ, by w 2014 obrócić pomysł o 180 stopni, którym jest scentralizowanie i tak już zdecydowanie zbiurokratyzowanego NFZu. I od roku do roku plany się zmieniają, kolejki i jakość opieki zdrowotnej nie bardzo. Jednak w tym sporze najmniejszym problemem jest ministerstwo zdrowia. Największym są lekarze, którzy nauczyli się wymagać od rządów zmniejszania kar bądź ich całkowitym zlikwidowaniem za źle wystawiane diagnozy. Każdy się myli, jest to niezaprzeczalny fakt, ale polscy lekarze stawiają się za wzór doskonałości, ale większej odpowiedzialności brać nie chcą. I jak w 2012 roku z powodu sporu na linii rząd – lekarze najwięcej ucierpieli pacjenci, tak i w tym roku znowu ucierpią Ci, których głos jest ledwo słyszalny. Przy okazji przypominam o drastycznym przypadku, gdzie pacjentka musiała zakupić potrzebny lek zwalczający objawy raka, a bez refundacji, której od lekarza nie otrzymała, została zmuszona do zapłacenia 4 tysięcy złotych.

Strajk jest metodą walki ze stroną ustanawiającą prawo, ale jeśli w cenie wchodzi gra ze zdrowiem i życiem pacjenta, to warto w takim momencie zadać pytanie – kto jest dla kogo? Lekarz dla pacjenta, czy pacjent dla lekarza?

Czytaj również